środa, 7 sierpnia 2013

Rozdział 17 ♥

Obróciłam się ale za mną nikogo nie było. Zaczęłam kręcić się w kółko ale nic nie wskazywało na to że ktoś tu jest.
-Hej co ty robisz ? – tym razem był to kobiecy głos.
Zatrzymałam się w miejscu i widziałam w drzwiach mojego domu cień kobiety.
-Mamo to ty ?
-Tak, co ty robisz? – spytała bardzo zdziwionym głosem.
Spojrzałam jeszcze kilka razy za siebie i wymyślając sobie w głowie historie pt.” Mam zwidy” poszłam do domu.
-Ym. Nic takiego. Jak było na basenie ? Właściwie czemu jesteś w domu ? – próbowałam udawać że nic się nie stało ale tamta sytuacja sprzed kilku chwil cały czas chodziła mi po głowie.
-Wróciłam bo Monic musiała wrócić do synka. A ty gdzie się podziewałaś ?
-A byłam tu i tam. Możemy pogadać jutro? Trochę jestem zmęczona. – nie czekałam aż mama odpowie, pocałowałam ją w policzek i poszłam do pokoju.
Czułam się strasznie, wszystko mnie bolało. Moje myśli kręciły się wokół jedynego zdarzenia. Powinnam być szczęśliwa że ja i Justin jesteśmy w końcu razem ale ciągle chodził mi po głowie głos taty. Czy po prostu tak za nim tęsknie że wmawiam sobie że go słyszę ? Nie wiem tego.
Obudziłam się w moim łóżku ,  promienie słońca rozświetlały cały pokój. Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam że dochodzi pierwsza po południu.
-O cholera. Boże jak to możliwe. Przecież ja mam szkołę.
Wzięłam telefon do ręki i zobaczyłam że mam 6 nieodebranych połączeń i 3 wiadomości.
Wszystkie połączenia i wiadomości były od Justina.
1 sms : „Kolorowych snów”
2 sms:  „Kocham cię”
3 sms: „Kochanie wszystko w porządku? Dzwoniłem kilka razy do twoich drzwi ale nikt nie otwiera.”
Zdziwiłam się bo mama powinna być w domu. I jak to się stało że zaspałam do szkoły.
Poszłam do kuchni gdzie była kartka od mamy. „Wychodzę, będę wieczorem.”
-Świetnie.
Postanowiłam oddzwonić do Justina. Nie minęło kilka sekund kiedy Justin odebrał.
-Hej.
-Cześć. Co się z tobą działo ? -  Justin powiedział niespokojnym głosem.
-Em dopiero co wstałam. Mama wyszła. A ja nie mam co ze sobą zrobić. Dzisiaj jest szkoła przecież.
-Haha oj kochanie dzisiaj jest sobota.
-Jak sobota ? – powiedziałam mocno zdziwionym głosem.
-No tak. Spójrz w kalendarz.
Poszłam znaleźć kalendarz i nie wiedziałam co powiedzieć, rzeczywiście była sobota.
-Em dziwne myślałam że jest wtorek.
-Oj kochanie powiedzenie „Zakochani czasu nie liczą” nabiera sensu.
-A czy ktoś powiedział że jestem zakochana. – zaśmiałam się.
-Tak, ty wczoraj. Oj wkopałaś się.
-Justin.
-Hah no co mówię prawdę.
-Okej , więc może spotkamy się …  u mnie ?
-Z dziką chęcią. Już się stęskniłem za tobą.
Bez pożegnania po prostu odłożyłam telefon i opadłam na łóżko. Patrzyłam się w sufit a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Wszystko zaczęło się układać.
Po kilku minutach leżenia usłyszałam dzwonek do drzwi. Szybko wstałam i otworzyłam .
-Justin? Jak ty to… - Nie mogłam dokończyć bo Justin wziął mnie w ramiona i pocałował. Zabrakło mi tchu kiedy jego gorące usta dotknęły moich. Przez kilka sekund nie wiedziałam co się dzieję. Rozproszył mnie do tego stopnia że prawię upadłam na ziemie ale on mnie kurczowo trzymał.
- Kocham cię. – powiedział a ja byłam już na skraju szaleństwa.
Nic nie odpowiedziałam i znowu zaczęłam go całować. Chciałam żeby takie chwile trwały wiecznie ale niestety tak się nie da.
-Jesteś cudowna. – powiedział dalej obejmując mnie w pasie i jeszcze raz musnął moje usta.- To co robimy?
-Em wiem że chłopacy tego nie lubią ale od dawna chciałam się wybrać na zakupy. A pomyślałam że z tobą…
-Jasne że idziemy. Ubieraj się. A tak w ogóle bardzo lubię zakupy a tym bardziej z tobą.
-Słodki jesteś. – zaśmiałam się i poszłam się przebrać w krótką spódniczkę ombre i białą bokserkę do tego baleriny, bransoletkę z moim imieniem i kolczyki w kształcie serduszek, wyprostowałam włosy.
Zeszłam na dół a Justin patrzył się na mnie przez całą drogę.
-Justin ?
-Oł przepraszam nie mogłem  się napatrzeć na ciebie. Zatkało mnie.
-Aż tak źle ?
-Kochanie wyglądasz cudownie a nie źle. Z resztą zawsze tak wyglądasz. Idziemy ?
- Tak oczywiście.
Wzięłam torebkę i wyszłam z domu, zobaczyłam przed domem czarne BMW.
-Justin to twój samochód ? – byłam zdziwiona bo wczoraj odwiózł mnie do domu zupełnie innym samochodem.
-Tak a co ?
- A nic nic. -  i tak byłam zdziwiona bo ojciec Justina miał jeden samochód a Justin nie miał swojego.
-Wsiadaj kochanie.
-Mhm .
-To co gdzie chcesz jechać ?
-Do miasta.
Jechaliśmy samochodem w ciszy, Justin podśpiewywał pod nosem a ja patrzyłam w okno. Nie zwracaliśmy na siebie uwagi. To było dziwne uczucie bo chciałam z nim porozmawiać o tym wszystkim. Niby wszystko wracało do normy ale dowiedziałam się ostatnio że mam przyrodniego brata. Brakowało mi też Danny’ego. To jemu zawsze wszystko mówiłam, to z nim przeżyałam tyle fajnych chwil.
-Danielle ?
-Hem ? coo  ?
-Jesteśmy na miejscu. Czemu jesteś taka przestraszona.?
-Przepraszam zamyśliłam się.
-O czym myślałaś ?
-O tym co się dzieje ale Justin chcę spędzić ten dzień w miłej atmosferze bez tego wszystkiego co się dzieję więc możemy o tym pogadać potem ?
-Okej – Justin wyszedł z samochodu, otworzył moje drzwi i wziął za rękę.
-Mój romantyk. – objęłam go i pocałowałam.
-Podoba mi się jak mówisz że jestem twój.
-No to dobrze bo będziesz tego teraz bardzo często słuchał.
Zaśmiał się i wziął mnie znowu za rękę i poprowadził w stronę największego centrum handlowego w Nowym Jorku. Bywałam tam dość często ale pierwszy raz z kimś kto był mi tak bliski. Weszliśmy do pierwszego sklepu, oglądałam miliony ciuchów i nagle Justin przyszedł ubrany w damską koszulę i różową perukę. Na początku go nie poznałam.
-Justin ? – zaśmiałam się – co ty masz na sobie ?
-Nie jestem Justin. Jestem Justina. – udawał urażonego.
Ze śmiechem na buzi podeszłam do niego i go szybko pocałowałam. Ludzie wokół dziwnie się na nas patrzyli, widocznie nie wiedzieli że to jest faktycznie Justin.
-Teraz to zdejmę i mam dla ciebie coś specjalnego.
-Co takiego?

- Dowiesz się w swoim czasie.-  Co Justin chciał zrobić. Znając jego to było coś szalonego.

_______________________________________________________
mhm nie miałam ochoty dzisiaj nic pisać ale jakoś dałam radę xd 

2 komentarze: